27 maja 2016

21 maj - Bartoszów



Już podczas niezbyt udanej majówki planowałem jakiś wyjazd na okoliczną komercję po to, żeby połowić troszkę mniejszych karpi oraz po to, żeby mój wskaźnik pewności podskoczył w górę co przecież po trzech dniach spędzonych w Kobylanach bez ryby na brzegu dało się dobrze odczuć. Ponad dwie doby i tylko jedno branie, do tego sum zdołał uwolnić się z haczyka... Taki wyjazd na prawdę potrafi zdołować, gdy dodatkowo robi się wszystko, aby ryby, które pokazują się w łowisku zaczęły w końcu brać, żeby nastąpił ten magiczny moment odjazdu...


Jak więc wspomniałem wyjazd miał odbyć się jeszcze przed obozem kondycyjno-szkoleniowym (na jaki wyjeżdżam 30 maja, więc do 3 czerwca nie będę aktywny, ani na blogu, ani na Fan Pagu). Do wyboru miałem trzy łowiska, ale przez niemożliwość transportu samochodem pozostały dwa. Dodatkowo na swoją Yamahe nie mogłem zabrać zbyt dużo sprzętu - wiadomo, jak to na skuter. Skuter od motoru na szczęście różni się tym, że pod siedzeniem ma bagażniczek, który podczas wyjazdów na zasiadki bardzo przydaje mi się - czasami takie drobne rzeczy ceni się bardzo wysoko. Co do łowisk na jakie mogłem jechać... Wybór był pomiędzy Bartoszowem, a stawem w Nowej Wsi, tzw. "U Waldka". Z tym drugim mam niemiłe wspomnienia z marca tego roku, gdy to po przyjeździe na łowisko (oraz po przednim uprzedzeniu właściciela i uzyskaniu jego zgody) zostałem odprawiony z kwitkiem do domu, ponieważ "nie będę tylko Ciebie pilnował nad wodą". Trochę niechęci co do tej wody pozostało w pamięci - jednak trzyma mnie przy przynajmniej jednym wyjeździe tam to, że w akwenie pływają duże karpie. Jeśli chodzi o Bartoszów to miałem lekkie obawy, ponieważ zbiornik ten bez zarybień jest jak rzeka bez wody! Już kiedyś to przerabiałem w artykule no ale cóż... Typowe zarybienie tej wody to 300 kg ryby - średnio jeden zarybieniowy karp waży 1,5 kg. Mając tą informacje możemy łatwo przeliczyć, że zarybienie przynosi 150 sztuk. Przez samą sobotę i niedziele czasami jest tutaj ponad 70 wędkarzy (!). Powiedzmy, że przynajmniej połowa z nich weźmie po karpiu. Wychodzi już -35 ryb, a ze 150 zostaje tylko 105. Zazwyczaj jednak po zarybieniu każdy opuszcza łowisko z "kompletem", czyli dwoma rybami... W takim przypadku łowisko uszczupla się o 70 karpi. W tym wypadku z zarybienia pozostaje nam już tylko 80 ryb... Przychodzi kolejny weekend, pff... Mamy przecież jeszcze dni robocze - na pewno w ciągu jednego dnia od poniedziałku do piątku z łowiska znikają co najmniej dwie sztuki. Z tego wszystkiego możemy wywnioskować, że zarybienie wytrzyma około dwóch tygodni - przy odrobinie szczęścia, jakim są wędkarze stosujący Złów i Wypuść. Akurat trafiłem na dzień, gdy pierwszemu zapytanemu przeze mnie wędkarzowi udało się złowić karpika, więc postanowiłem zająć miejsce na łowisku. Niestety, podczas drogi dowiedziałem się, że ostatnie zarybienie celem mojej wyprawy było... początkiem kwietnia!

Przejdźmy już do tego co przyjemniejsze, a realia niektórych naszych komercji pozostawmy na chwilę za nami. Wybieram takie stanowisko, by móc łowić na skraju płytkiej i głębokiej wody. Taką taktykę obrałem już w domu, maiłem nadzieje, że przyniesie zadowalające rezultaty. Tego dnia musiałem ograniczyć ilość zabranego sprzętu do minimum, więc nad wodę zabrałem tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Bardzo rzadko ostatnimi czasy nęcę za pomocą koszyczka zanętowego i sypkiej zanęty - teraz to wróciło. Postanowiłem rozpocząć łowienie z kukurydzą na włosie. Ową przynętę przez 10 minut "topiłem" w dipie limonka-kokos firmy Carrum (bardzo fajne połączenie dwóch smaków). Po upływie tego czasu zestaw wylądował około 60 metrów ode mnie. Rozpoczynamy łowienie!

Niestety do godziny 12:30 nie zanotowałem brania. Postanowiłem zmienić przynętę na świeżą, ale tym razem dipować ją w aromatyzerze o zapachu kukurydzy. Wędka zostaje odłożona na bok, a przynęta pływa w kukurydzianym płynie. W tym czasie postanowiłem oddać kilka rzutów spławikiem. Na haczyk trafia biały robak, który po pewnym czasie przynosi mi średniej wielkości płoć. Rybka wraca do wody, a ja jeszcze chwilkę bawię się metodą spławikową. W ciągu kilku minut bez wcześniejszego nęcenia przy spławiku zanotowałem kilka brań - w tym jedno zakończone sukcesem. Odkładam spławik, a mój gruntowy zestaw leci w to samo miejsce, gdzie leżał kilka minut wcześniej...

Mniej więcej w połowie mojej zasiadki podchodzi do mnie Gospodarz łowiska i mówi, żebym schował jedną wędkę... Przecież wędkuje spławikiem, a wędka karpiowa jest odłożona na dodatkowej podpórce w trawie za moim stanowiskiem po to, żeby kukurydza na włosie skończyła się dipować... Zasady panujące na łowisku są moim zdaniem co najmniej dziwne. Zacznijmy od tego, że obowiązuje tam RAPR, ale podczas wędkowania można używać tylko jednej wędki. Obowiązują limity i długości z Regulaminu PZW. Dodatkowo na łowisku można mieć tylko jedną uzbrojoną wędkę! Drugiej, złożonej (czyli kołowrotek przymocowany do wędki, przygotowany zestaw zapasowy) nie może znaleźć się nad wodą! Jeśli chcemy mieć przy sobie drugą wędkę to takową musimy mieć "rozbrojoną" - kołowrotek i wędka osobno - nawet jeśli nasz zapasowy zestaw jest złożony i "odpoczywa" w torbie na wędki... Dla mnie te dwa punkty regulaminu tego stawu są co najmniej dziwne.


Kilka minut przed 13 notuję pierwszy odjazd! Zacinam i czuję ten piękny opór! Ryba wydaje się być mocnym przeciwnikiem. Ma w
 sobie dużą ilość siły. Hol trwa kilka minut. Przy brzegu z wody wynurza się... malutki karpik! Zaskoczenie! Miał tak dużo siły, że po cichu miałem nadzieje, że będzie miał około 3 kg, a tym czasem nie wiem czy ma on może ze 2... Ale ważne, że udało się! Na całym stawie cisza, nikt nie wyjął z wody żadnego karpia, więc ta moja sztuka jest tak jakby uwieńczeniem moich starań tego dnia. Podbieram bez problemu rybę i zostawiam ją w podbieraku na płytkiej wodzie. Szybkim krokiem podchodzę do skrzynki ze sprzętem i wyjmuję z niej środek do odkażania ran. Karp był na tyle sprytny, że wykorzystał ten moment i wypłynął z podbieraka! Nie pytajcie jak, ułożyłem podbierak tak jak układam zawsze, gdy wędkuje sam i muszę przygotować to co jest potrzebne do bezpiecznego wyhaczenia i sfotografowania. Na szczęście ryba wciąż jest na haku i po około minucie znów ląduje w podbieraku, a tym samym na macie. Kilka fotek i spływaj przyjacielu! Mijają kolejne minuty, godziny i nic... Cisza, cisza na całym stawie. chciałbym powiedzieć, że obserwowałem w tym czasie wodę, chciałbym powiedzieć, że coś zauważyłem... Co prawda to prawda. Wodę obserwowałem, ale ta wyglądała na "martwą". Nie dostrzegłem żadnego spławu, żadnego ruchu na wodzie. U innych wędkarzy niestety to samo co u mnie. Wszyscy niecierpliwie oczekują na jakiś odjazd...

Podczas wyprawy rozmawiałem z wędkarzami łowiącymi na tym samym brzegu co ja o dzikich, karpiowych wodach w naszej okolicy. Najczęściej w naszych rozmowach padały takie wody jak: Sieniawa, Blizne, Solina... Ta ostatnia, Zalew Soliński - wiadomo, dobra woda, zawsze ryby były i prawdopodobnie jeszcze długo będą - była najbardziej doceniona przez pytanych. Niestety jednogłośnie wszyscy odpowiadali, że są tam raz na rok, na dwa lata... Niestety odległość, chodź to tylko 80 km jak widać nie wszystkim służy (mi niestety na razie też)... Po zapytaniu wędkarzy o zalew w miejscowości Blizne zdania były podzielone. Niektórzy nawet nie widzieli, że takowy zalew mamy w naszej okolicy. Należy on już do Okręgu Rzeszów. Dosłownie może ze dwie osoby mogły coś o nim powiedzieć. Z tego co pamiętam to o rybostanie zbyt dobrego słowa nie było, ale woda z tego co wiem jest bardzo trudna, więc z opiniami na temat skuteczności połowu można troszeczkę się sprzeczać. Sieniawa - tutaj każdy z pytanych odpowiadał w samych negatywach. Zazwyczaj odpowiedzi wyglądały tak: "Kiedyś było tam na prawdę dobre łowisko, ale teraz już trudno o jakąkolwiek rybę...". Z tym sam się zgadzam, ale na następny rok zamierzam troszeczkę "przysiąść" nad tym zalewem i udowodnić jednak, że nie wszystko tam jest stracone, że jeszcze coś uda się tam złowić. Na temat dzikich łowisk w okolicy oraz o tym dlaczego na razie jeżdżę głównie na komercję opowiem w oddzielnym artykule. Właśnie, jeszcze jedno - kilka osób powiedziało mi mniej więcej coś takiego: "Gdyby nie wody komercyjne w naszej okolicy to o złowieniu karpia mało kto by opowiadał...".

Na rozmowach z wędkarzami mija spory kawał czasu. Na zegarku wybija godzina 17:30. Za trzydzieści minut planuję wyjechać z łowiska. Do końca nic nie zainteresowało się moim zestawem. Przez cały dzień na Bartoszowie zostało złowionych (jeżeli dobrze widziałem i słyszałem) pięć karpiszonów. Rybki nie powalały wielkością - typowe z zarybień. Trudno było polepszyć wynik jaki osiągnąłem tego dnia. W zbiorniku zostało po prostu mało rybek. Nie chce mi się wierzyć, że pływa tam jeszcze sporo karpi, a w ciągu dnia ani jeden z nich się nie spławiał... Nad brzegami Bartoszowa tego dnia zasiadło troszeczkę ponad dwudziestu wędkarzy, więc pięć ryb na cały dzień to na prawdę słaby wynik...

Zapraszam na krótką relację z wyprawy (filmy dopiero zaczynam tworzyć, więc jeszcze dużo brakuje im do najlepszych, ale dokładam wszelkich starań aby było na nich pokazane to co najważniejsze, czyli łowisko i to co udaje się złowić!):

Pozdrawiam i dziękuje za przeczytanie artykułu!

Fotogaleria z zasiadki: http://tufotki.pl/yO7Cc

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz